Rozdział drugi - część druga



Link 11.02.2012 :: 22:04 Komentuj (6)

Krótka część kończąca drugi rozdział. Dla tych, co oczekują akcji - będzie ona w trzecim rozdziale ;) Zapraszam do czytania! 


 - Skończ się mazgaić, Orzełku. Chodź stąd, zgłodniałem po tej wizycie w stajni.
 - Łap ogierze! - Dèr wyciągnął zza pazuchy duże, czerwone jabłko i rzucił w kierunku Kruka.
 - Stąd, skąd myślę? - Wgryzł się w słodki, soczysty owoc. Orzeł kiwnął tylko głową. 
  Złodziejskie sztuczki Orła były jedną z niewielu rzeczy, które były dla niego niepojęte. Nie rozumiał tego, jak mógł sam się sam tego nauczyć i dlaczego kradł tak nieistotne rzeczy, jak na przykład to jabłko. Nigdy nie sięgnął po czyjąś sakiewkę, choć Kruk był pewien, że poszłoby mu to z taką samą łatwością.

*
 Grades siedział przy stole, wsparty na łokciu. Rozmyślał, wiosłując drewnianą łyżką w talerzu pełnym zupy. Do wąskich nozdrzy wdzierał się zapach gotowanych warzyw, zmieszanych z aromatem ziół, wiszących nad niewielkim okienkiem. Przez szybki wpadały do środka jedne z ostatnich promieni słońca.
 - Nynjo? - zawołał w głąb izby, w stronę krzątającej się żony.
 - Tak? Chcesz może kawałek chleba?
 - Nie, nie. Chodziło mi o coś innego.
 - O co? - Podeszła bliżej, wycierając mokre dłonie w fartuch.
 - Dobrze pamiętam, że Dér dziś obchodzi swoją rocznicę?
 - Źle pamiętasz ty ośle. Myślisz, że ze spokojem chodziłabym po izbie, wiedząc, że to ten dzień? - rzuciła w niego szmatą, która wytrąciła mu z ręki łyżkę. Zupa rozlała się po stole.
 - Zamiast pozbawiać mnie jedzenia, powiedziałabyś mi, kiedy to będzie.
 - Jutro. – Przysiadła się. - A ty pewnie nic nie zrobiłeś, by został z nami?
 - Zdziwisz się moja droga. Zdziwisz się bardzo, co może wpaść do głowy kilku takim prostym ludziom jak ja.
 - Gradesie, co rzesz ty znów wymyślił?! 
 - Spokojnie kobieto. – Wstał od stołu. - Wyciągnij ten chowany przez lata trunek, przyszykuj jadło. Zaraz wrócę i wszystko ci wyjaśnię.

*
  Do chaty wszedł Fibor, wysoki, dobrze zbudowany. Rzucił długi cień, przestraszywszy siedzącą przy stole Nynję. 
 - Witajcie dobra pani. – Skłonił się lekko.
 - Nie strasz mnie więcej kowalu. – Rzuciła mu gniewne spojrzenie.
 - Nie miałem takiego zamiaru. Twój mąż zaprosił nas na wieczerzę.
 - Chyba na popijawę. O, witaj Boyr – przywitała myśliwego. - Jest z wami...? A jest, dziękuję za te ryby z ostatniego połowu, Jaarvisie.
 - Nie ma za co dziękować, pani. U mnie tego zawsze pod dostatkiem. - Rybak uśmiechnął się i usiadł przy syto zastawionym stole.
 Jadło budziło zachwyt wśród zgromadzonych. W małym, żelaznym kociołku stała zupa, która została z poprzedniego posiłku. Na drewnianych talerzach rozłożono pieczone w łupinach ziemniaki, z odrobiną świeżego czosnku. Na innych mięso z nimaków, które należało do niezwykle soczystych i delikatnych, ale nie zabrakło też kurczaków i gęsi. Były zeszłoroczne, kiszone w beczce ogórki, chleb i beczułka wina, z winogron przywożonych z południa. Aromat dań unosił się w powietrzu i drażnił nozdrza. 
 - Wspaniały poczęstunek przygotowałaś. – Grades obdarzył żonę szerokim uśmiechem, urwał pieczoną nóżkę i wgryzł się w nią łakomie. - Nalej wina Jaarvisie, mojej małżonce też.
  Jaarvis podał gliniany kubek kobiecie, która jak i wszyscy patrzyła na jedzącego z wyczekiwaniem.
 - Odłóż to wreszcie Grades i powiedz, o co chodzi. Pół wieczora szykowałam jedzenie, chcę wiedzieć, czemu miało to służyć.
 - Dobra pani, może ja wytłumaczę...
 - Ty siedź cicho, Fiborze, nie wątpię, że jesteś w to zamieszany, ale daj się wytłumaczyć mojemu mężowi.
  Grades odłożył obgryzioną kość na talerz, wytarł ręce w leżącą obok ścierę i spojrzał na Nynję.
 - Nasz syn nie zostanie magiem.
 - Na bogów mów jasno, co ci chodzi po tej obłąkanej głowie.
 - Organizujemy bunt, chcemy się postawić magom. Nalej mi jeszcze wina Jaarvisie.
 - Żartujesz prawda? - Zaskoczenie wymalowało się na jej twarzy.
 - Nie, nie żartuję. Widzisz, żebym żartował? - Wypił haustem nalany trunek.
 - Oszaleliście? Zabiją was, zanim wyjdziecie z domów. Poza tym, czym będziecie walczyć? Łopatami, sierpami czy kosami?
 - Nynjo droga, zapomniałaś, że jestem kowalem? Myślisz, że jedyne, co potrafię, to podkuwanie koni? - wtrącił się Fibor. - Od dawna kułem miecze na tą okazję.
 - Okazję? Zginiecie i na dodatek przyniesiecie śmierć innym. To, co chcecie zrobić nie jest honorowe, to jest śmieszne, sami podkładacie głowy pod topór. Starzy, a głupi, myślicie, że co przez to zyskacie?
 - Może coś zyskamy, a może nie – odpowiedział Grades. - Ważne jest to, że sprzeciwimy się niesprawiedliwości. Kiedyś i tak zginiemy, ale nie chcę ginąć w samotności, w pustym domu, bez wnuków. Wiedząc, że nikt tu po mnie nie będzie mieszkał. Nikt nie ma prawa odebrać mi dziecka! Ale dość, to miał być wesoły wieczór. Wznieśmy toast za to, by mimo wszystko nam się powiodło!
 - Zdrowie – krzyknęli pijąc wino.
 - No cóż, podziwiam was, ja nie mam takiej odwagi – wymamrotała Nynja.
 - Jesteście pani kobietą, nie dziwne to, że się boicie – odpowiedział Fibor, strzepując z brody okruchy chleba, który swoją drogą był paskudny. Milczał jednak, by nie martwić gospodyni i znów jej nie podpaść. 
  Pili długo śmiejąc się przy tym. Każdy z nich udawał rozbawienie, w głębi czuli jednak strach, okropny, pierwotny lęk przed śmiercią. Żaden o tym nie mówił, wlewali w siebie alkohol, by o tym nie myśleć, jak gdyby to w jakiś sposób miało im pomóc.
 - Mam złe przeczucie...
 - Psiakrew Gradesie, chyba nie powiesz mi żeś stchórzył?! - warknął kowal.
 - W moim domu się nie bluźni! - Nynja rzuciła gniewne spojrzenie.
 - Zamilcz kobieto, gdy mężczyźni mówią o ważnych sprawach – powiedział Grades.
 - Zobaczymy jak będziesz śpiewał, gdy przyjdzie ci samemu jadło szykować!
 - Cicho...
 - Jeszcze będzie mnie uciszać!
 - Bądźcie cicho!
  Na podwórzu słychać było donośne szczekanie psa. Fibor wstał od stołu i pchnął drzwi na zewnątrz. Świeże, nocne powietrze trochę go orzeźwiło. Wytężał wzrok, ale w takiej ciemności nie mógł zbyt wiele dojrzeć, źródło dźwięku także było ciężko odnaleźć. Pies wył przeraźliwie, po chwili towarzyszyło temu ludzkie wołanie. Słabe, ale stawało się coraz bardziej wyraźne.
 - Ludzie pomocy! Ratunku, pomóżcie! 
 - Tam ktoś jest i potrzebuje pomocy. – Kowal rzucił w kierunku towarzyszy.
 - Tutaj! - krzyknął Grades, stając w drzwiach.
  Z mroku wyłoniła się kobieca postać. Zapłakana i roztrzęsiona zaczęła ich szarpać za ubrania.
 - Chodźcie tam ze mną. Błagam pomóżcie...
 - Co się stało?
 - Mój mąż... Tam w chacie, ratujcie go.
  Grades sięgnął po stojący za drzwiami kij i kiwnął głową na Jaarvisa i Boyra.
 - Prowadź kobieto.
  Pies nie przestawał szczekać. Szli w milczeniu zastanawiając się, co też takiego mogło się stać, że tą kobietą aż tak wstrząsnęło. Fibor podejrzewał, że pewnie małżonek wrócił pijany i wszczął awanturę, a biedna kobieta uciekła ze strachu. Takie rzeczy zdarzały się często poza murami miasta. Ujadanie cichło. Ciepły jesienny wiaterek, zmieszany z zapachem lasu, dmuchał po twarzach. Przynosił ulgę śmierdzącym od potu i gorzałki mężczyznom. Zatoczyli łuk idąc po łące, na której za dnia wypasano zwierzęta, ominęli tym samym plac i zabudowania.  
 - Kurza morda – zaklął Grades, gdy nad głową przeleciało mu wielkie ptaszysko. - Daleko jeszcze?
 - Tam, za tą wielką jabłonią chata moja stoi. W oknie kaganek świeci... Świecił... - Pobiegła w stronę wskazanego miejsca.
  Reszta puściła się za nią, by nie spuścić z oczu jasnego materiału fartucha, który tak łatwo było dojrzeć w ciemności. Zrobili to niepotrzebnie, bo przed lichą chatą stała niemała gromadka zaspanych, ale ciekawskich ludzi. Szeptali między sobą, bo żaden nie miał odwagi wejść do środka. Grades bez zastanowienia przeszedł między obserwatorami i przekroczył próg, za nim podążał Fibor. W ciasnym pomieszczeniu stało trzech młodych mężczyzn, Grades przypomniał sobie, że widział już kiedyś te smukłe, pociągłe twarze i wymalowaną na nich pokorę. Tych zawsze najmował do pracy na polu, gdy rok był urodzajny, a sam nie dawał rady zająć się gospodarstwem.
 - Chodźcie panie tutaj... – zawołała go kobieta. 
  Siedziała w progu, skulona, obejmując dłońmi kolana. Jej płacz przerywał głuchą dotąd ciszę.
 - Co się stało? - zapytał Fibor.
 - Tam... Wejdźcie.
 - Chodź nam pokaż. – Grades wyciągnął ku niej rękę, ale ją odtrąciła i jeszcze bardziej skuliła się w kącie. Widać było u niej przerażenie.
 - Nie! Weź świecę...  
  Przekroczył powoli próg. Z trudem przełknął ślinę. Serce łopotało w piersi, jakby chciało się stamtąd jak najszybciej wydostać. Ludzie boją się zazwyczaj tego, co jest dla nich niepojęte. Grades był człowiekiem i nie odchodził zbytnio od tego schematu. Nie chciał wyjść na idiotę i tchórza, dlatego wszedł do tej strasznej izby. Powoli zaczynał tego żałować, ale nie uciekłby stąd za żadne skarby. Wiedział, że po czymś takim byłby obiektem żartów przez długi czas. Coś zatrzeszczało mu pod nogami, spojrzał więc w dół i ujrzał błyszczące w świetle kaganka drobinki lodu. Pokrywały całą podłogę i leżące na niej sprzęty. W tym momencie przeszedł go zimny dreszcz, z ust wylatywała para, dłonie zaczęły marznąć. Rozejrzał się po oszronionych ścianach, na szybkach w małym oknie mróz wymalował obrazy. Przeszedł się po izbie, ze zdziwieniem oglądał zamarznięty na stole posiłek. Chwycił za gąsiorek, w którym trzyma się gorzałkę. Trunek stał się kawałkiem lodu. Objął go strach, nikt nie musiał mu mówić, że ma do czynienie z magią. Po prostu takie rzeczy się nie zdarzają. Odpalił drugi kaganek i skierował się w stronę zaciemnionego kąta. Na ten widok krzyknął i upuścił źródło światła. 
 - Psiamać! Fibor dawaj mi tu pochodnię i chodź! - krzyknął Grades. 
  Wpatrywali się oboje z osłupieniem w siedzącą na krześle postać. 
 - Masz tu swoje złe przeczucie, Gradesie – wycedził brodaty.
  Blask białego, zamarzniętego na kość ciała aż bił po oczach. Sino fioletowe usta wykrzywione były w potwornym grymasie bólu, który budził strach wśród patrzących. Mężczyzna musiał przejść straszne katusze, zanim uciekło z niego życie. Fibor zamknął mu powieki. Dotknął przez przypadek kosmka włosów, który rozleciał się w palcach niczym stary kawałek pergaminu.
 - Zamarzł... To nie jest naturalna śmierć – stwierdził Fibor.
 - Trzeba się dowiedzieć, co się tu stało.
 - Panie – przerwał im młodzieniec, jeden z trzech, który wszedł do pomieszczenia. - Nie wiemy, co tu zaszło.
  Zaczęło się robić coraz zimniej. W okienku ze zgrzytem pękła szybka.
 - Wyjdźmy stąd, robi się tu nieprzyjemnie. Może nas spotkać taki sam los – skwitował Grades.
  Wynieśli ciało mężczyzny na zewnątrz, stojący tam ludzie okrążyli ich ciasnym okręgiem. Gdy zmarły dotknął ziemi, trawa wokół niego pokryła się szronem.
 - Czary! - krzyknął ktoś w tłumie.
 - Prawda! - Z ciemności wyłoniła się postać Kruka, za nim stał Orzeł. - Widzieliśmy dwóch magów w okolicy. Przyglądali się zbyt długo tej chacie. Dziwne to, choćby dlatego, że nikt w okolicy nie spodziewa się dziecka.
  Grades spojrzał ze zdziwieniem na syna.
 - Posuwają się za daleko!
 - Trzeba zrobić z tym porządek!
 - Ludzie przyłączcie się do nas, wymierzmy sprawiedliwość tym, którzy od niej uciekają! - Fibor krzyknął w stronę tłumu. - Przyłączcie się do buntu.
 - A co nam innego pozostało? Pójdziemy z wami.
  Jak nakazywał zwyczaj i bogowie, należało pochować zmarłego w dniu jego śmierci. Na tyłach domostwa wykopano więc niewielki dół, do którego włożono ciało. Przysypano je kopcem ziemi, by żadne zwierzę nie wygrzebało szczątek. Kobieta wywleczona z domu płakała bez ustanku, troje jej dzieci stało, z dumnie wypiętą piersią śpiewając żałobną pieśń. Pierwsze promienie słońca zaczęły wychodzić zza horyzontu, jakby na zawołanie. 
 - Czemu skłamałeś? Nie widzieliśmy magów. – Orzeł zaszeptał przyjacielowi do ucha.
 - Nie muszą o tym wiedzieć. Dobrze jest tak, jak jest, a to, co się stało nie było naturalną rzeczą. - Kruk podniósł głowę i śpiewał wraz z innymi. Kurhan pokrył się cienką warstwą lodu.