Krótka część kończąca drugi rozdział. Dla tych, co oczekują akcji - będzie ona w trzecim rozdziale ;) Zapraszam do czytania! 


 - Skończ się mazgaić, Orzełku. Chodź stąd, zgłodniałem po tej wizycie w stajni.
 - Łap ogierze! - Dèr wyciągnął zza pazuchy duże, czerwone jabłko i rzucił w kierunku Kruka.
 - Stąd, skąd myślę? - Wgryzł się w słodki, soczysty owoc. Orzeł kiwnął tylko głową. 
  Złodziejskie sztuczki Orła były jedną z niewielu rzeczy, które były dla niego niepojęte. Nie rozumiał tego, jak mógł sam się sam tego nauczyć i dlaczego kradł tak nieistotne rzeczy, jak na przykład to jabłko. Nigdy nie sięgnął po czyjąś sakiewkę, choć Kruk był pewien, że poszłoby mu to z taką samą łatwością.

*
 Grades siedział przy stole, wsparty na łokciu. Rozmyślał, wiosłując drewnianą łyżką w talerzu pełnym zupy. Do wąskich nozdrzy wdzierał się zapach gotowanych warzyw, zmieszanych z aromatem ziół, wiszących nad niewielkim okienkiem. Przez szybki wpadały do środka jedne z ostatnich promieni słońca.
 - Nynjo? - zawołał w głąb izby, w stronę krzątającej się żony.
 - Tak? Chcesz może kawałek chleba?
 - Nie, nie. Chodziło mi o coś innego.
 - O co? - Podeszła bliżej, wycierając mokre dłonie w fartuch.
 - Dobrze pamiętam, że Dér dziś obchodzi swoją rocznicę?
 - Źle pamiętasz ty ośle. Myślisz, że ze spokojem chodziłabym po izbie, wiedząc, że to ten dzień? - rzuciła w niego szmatą, która wytrąciła mu z ręki łyżkę. Zupa rozlała się po stole.
 - Zamiast pozbawiać mnie jedzenia, powiedziałabyś mi, kiedy to będzie.
 - Jutro. – Przysiadła się. - A ty pewnie nic nie zrobiłeś, by został z nami?
 - Zdziwisz się moja droga. Zdziwisz się bardzo, co może wpaść do głowy kilku takim prostym ludziom jak ja.
 - Gradesie, co rzesz ty znów wymyślił?! 
 - Spokojnie kobieto. – Wstał od stołu. - Wyciągnij ten chowany przez lata trunek, przyszykuj jadło. Zaraz wrócę i wszystko ci wyjaśnię.

*
  Do chaty wszedł Fibor, wysoki, dobrze zbudowany. Rzucił długi cień, przestraszywszy siedzącą przy stole Nynję. 
 - Witajcie dobra pani. – Skłonił się lekko.
 - Nie strasz mnie więcej kowalu. – Rzuciła mu gniewne spojrzenie.
 - Nie miałem takiego zamiaru. Twój mąż zaprosił nas na wieczerzę.
 - Chyba na popijawę. O, witaj Boyr – przywitała myśliwego. - Jest z wami...? A jest, dziękuję za te ryby z ostatniego połowu, Jaarvisie.
 - Nie ma za co dziękować, pani. U mnie tego zawsze pod dostatkiem. - Rybak uśmiechnął się i usiadł przy syto zastawionym stole.
 Jadło budziło zachwyt wśród zgromadzonych. W małym, żelaznym kociołku stała zupa, która została z poprzedniego posiłku. Na drewnianych talerzach rozłożono pieczone w łupinach ziemniaki, z odrobiną świeżego czosnku. Na innych mięso z nimaków, które należało do niezwykle soczystych i delikatnych, ale nie zabrakło też kurczaków i gęsi. Były zeszłoroczne, kiszone w beczce ogórki, chleb i beczułka wina, z winogron przywożonych z południa. Aromat dań unosił się w powietrzu i drażnił nozdrza. 
 - Wspaniały poczęstunek przygotowałaś. – Grades obdarzył żonę szerokim uśmiechem, urwał pieczoną nóżkę i wgryzł się w nią łakomie. - Nalej wina Jaarvisie, mojej małżonce też.
  Jaarvis podał gliniany kubek kobiecie, która jak i wszyscy patrzyła na jedzącego z wyczekiwaniem.
 - Odłóż to wreszcie Grades i powiedz, o co chodzi. Pół wieczora szykowałam jedzenie, chcę wiedzieć, czemu miało to służyć.
 - Dobra pani, może ja wytłumaczę...
 - Ty siedź cicho, Fiborze, nie wątpię, że jesteś w to zamieszany, ale daj się wytłumaczyć mojemu mężowi.
  Grades odłożył obgryzioną kość na talerz, wytarł ręce w leżącą obok ścierę i spojrzał na Nynję.
 - Nasz syn nie zostanie magiem.
 - Na bogów mów jasno, co ci chodzi po tej obłąkanej głowie.
 - Organizujemy bunt, chcemy się postawić magom. Nalej mi jeszcze wina Jaarvisie.
 - Żartujesz prawda? - Zaskoczenie wymalowało się na jej twarzy.
 - Nie, nie żartuję. Widzisz, żebym żartował? - Wypił haustem nalany trunek.
 - Oszaleliście? Zabiją was, zanim wyjdziecie z domów. Poza tym, czym będziecie walczyć? Łopatami, sierpami czy kosami?
 - Nynjo droga, zapomniałaś, że jestem kowalem? Myślisz, że jedyne, co potrafię, to podkuwanie koni? - wtrącił się Fibor. - Od dawna kułem miecze na tą okazję.
 - Okazję? Zginiecie i na dodatek przyniesiecie śmierć innym. To, co chcecie zrobić nie jest honorowe, to jest śmieszne, sami podkładacie głowy pod topór. Starzy, a głupi, myślicie, że co przez to zyskacie?
 - Może coś zyskamy, a może nie – odpowiedział Grades. - Ważne jest to, że sprzeciwimy się niesprawiedliwości. Kiedyś i tak zginiemy, ale nie chcę ginąć w samotności, w pustym domu, bez wnuków. Wiedząc, że nikt tu po mnie nie będzie mieszkał. Nikt nie ma prawa odebrać mi dziecka! Ale dość, to miał być wesoły wieczór. Wznieśmy toast za to, by mimo wszystko nam się powiodło!
 - Zdrowie – krzyknęli pijąc wino.
 - No cóż, podziwiam was, ja nie mam takiej odwagi – wymamrotała Nynja.
 - Jesteście pani kobietą, nie dziwne to, że się boicie – odpowiedział Fibor, strzepując z brody okruchy chleba, który swoją drogą był paskudny. Milczał jednak, by nie martwić gospodyni i znów jej nie podpaść. 
  Pili długo śmiejąc się przy tym. Każdy z nich udawał rozbawienie, w głębi czuli jednak strach, okropny, pierwotny lęk przed śmiercią. Żaden o tym nie mówił, wlewali w siebie alkohol, by o tym nie myśleć, jak gdyby to w jakiś sposób miało im pomóc.
 - Mam złe przeczucie...
 - Psiakrew Gradesie, chyba nie powiesz mi żeś stchórzył?! - warknął kowal.
 - W moim domu się nie bluźni! - Nynja rzuciła gniewne spojrzenie.
 - Zamilcz kobieto, gdy mężczyźni mówią o ważnych sprawach – powiedział Grades.
 - Zobaczymy jak będziesz śpiewał, gdy przyjdzie ci samemu jadło szykować!
 - Cicho...
 - Jeszcze będzie mnie uciszać!
 - Bądźcie cicho!
  Na podwórzu słychać było donośne szczekanie psa. Fibor wstał od stołu i pchnął drzwi na zewnątrz. Świeże, nocne powietrze trochę go orzeźwiło. Wytężał wzrok, ale w takiej ciemności nie mógł zbyt wiele dojrzeć, źródło dźwięku także było ciężko odnaleźć. Pies wył przeraźliwie, po chwili towarzyszyło temu ludzkie wołanie. Słabe, ale stawało się coraz bardziej wyraźne.
 - Ludzie pomocy! Ratunku, pomóżcie! 
 - Tam ktoś jest i potrzebuje pomocy. – Kowal rzucił w kierunku towarzyszy.
 - Tutaj! - krzyknął Grades, stając w drzwiach.
  Z mroku wyłoniła się kobieca postać. Zapłakana i roztrzęsiona zaczęła ich szarpać za ubrania.
 - Chodźcie tam ze mną. Błagam pomóżcie...
 - Co się stało?
 - Mój mąż... Tam w chacie, ratujcie go.
  Grades sięgnął po stojący za drzwiami kij i kiwnął głową na Jaarvisa i Boyra.
 - Prowadź kobieto.
  Pies nie przestawał szczekać. Szli w milczeniu zastanawiając się, co też takiego mogło się stać, że tą kobietą aż tak wstrząsnęło. Fibor podejrzewał, że pewnie małżonek wrócił pijany i wszczął awanturę, a biedna kobieta uciekła ze strachu. Takie rzeczy zdarzały się często poza murami miasta. Ujadanie cichło. Ciepły jesienny wiaterek, zmieszany z zapachem lasu, dmuchał po twarzach. Przynosił ulgę śmierdzącym od potu i gorzałki mężczyznom. Zatoczyli łuk idąc po łące, na której za dnia wypasano zwierzęta, ominęli tym samym plac i zabudowania.  
 - Kurza morda – zaklął Grades, gdy nad głową przeleciało mu wielkie ptaszysko. - Daleko jeszcze?
 - Tam, za tą wielką jabłonią chata moja stoi. W oknie kaganek świeci... Świecił... - Pobiegła w stronę wskazanego miejsca.
  Reszta puściła się za nią, by nie spuścić z oczu jasnego materiału fartucha, który tak łatwo było dojrzeć w ciemności. Zrobili to niepotrzebnie, bo przed lichą chatą stała niemała gromadka zaspanych, ale ciekawskich ludzi. Szeptali między sobą, bo żaden nie miał odwagi wejść do środka. Grades bez zastanowienia przeszedł między obserwatorami i przekroczył próg, za nim podążał Fibor. W ciasnym pomieszczeniu stało trzech młodych mężczyzn, Grades przypomniał sobie, że widział już kiedyś te smukłe, pociągłe twarze i wymalowaną na nich pokorę. Tych zawsze najmował do pracy na polu, gdy rok był urodzajny, a sam nie dawał rady zająć się gospodarstwem.
 - Chodźcie panie tutaj... – zawołała go kobieta. 
  Siedziała w progu, skulona, obejmując dłońmi kolana. Jej płacz przerywał głuchą dotąd ciszę.
 - Co się stało? - zapytał Fibor.
 - Tam... Wejdźcie.
 - Chodź nam pokaż. – Grades wyciągnął ku niej rękę, ale ją odtrąciła i jeszcze bardziej skuliła się w kącie. Widać było u niej przerażenie.
 - Nie! Weź świecę...  
  Przekroczył powoli próg. Z trudem przełknął ślinę. Serce łopotało w piersi, jakby chciało się stamtąd jak najszybciej wydostać. Ludzie boją się zazwyczaj tego, co jest dla nich niepojęte. Grades był człowiekiem i nie odchodził zbytnio od tego schematu. Nie chciał wyjść na idiotę i tchórza, dlatego wszedł do tej strasznej izby. Powoli zaczynał tego żałować, ale nie uciekłby stąd za żadne skarby. Wiedział, że po czymś takim byłby obiektem żartów przez długi czas. Coś zatrzeszczało mu pod nogami, spojrzał więc w dół i ujrzał błyszczące w świetle kaganka drobinki lodu. Pokrywały całą podłogę i leżące na niej sprzęty. W tym momencie przeszedł go zimny dreszcz, z ust wylatywała para, dłonie zaczęły marznąć. Rozejrzał się po oszronionych ścianach, na szybkach w małym oknie mróz wymalował obrazy. Przeszedł się po izbie, ze zdziwieniem oglądał zamarznięty na stole posiłek. Chwycił za gąsiorek, w którym trzyma się gorzałkę. Trunek stał się kawałkiem lodu. Objął go strach, nikt nie musiał mu mówić, że ma do czynienie z magią. Po prostu takie rzeczy się nie zdarzają. Odpalił drugi kaganek i skierował się w stronę zaciemnionego kąta. Na ten widok krzyknął i upuścił źródło światła. 
 - Psiamać! Fibor dawaj mi tu pochodnię i chodź! - krzyknął Grades. 
  Wpatrywali się oboje z osłupieniem w siedzącą na krześle postać. 
 - Masz tu swoje złe przeczucie, Gradesie – wycedził brodaty.
  Blask białego, zamarzniętego na kość ciała aż bił po oczach. Sino fioletowe usta wykrzywione były w potwornym grymasie bólu, który budził strach wśród patrzących. Mężczyzna musiał przejść straszne katusze, zanim uciekło z niego życie. Fibor zamknął mu powieki. Dotknął przez przypadek kosmka włosów, który rozleciał się w palcach niczym stary kawałek pergaminu.
 - Zamarzł... To nie jest naturalna śmierć – stwierdził Fibor.
 - Trzeba się dowiedzieć, co się tu stało.
 - Panie – przerwał im młodzieniec, jeden z trzech, który wszedł do pomieszczenia. - Nie wiemy, co tu zaszło.
  Zaczęło się robić coraz zimniej. W okienku ze zgrzytem pękła szybka.
 - Wyjdźmy stąd, robi się tu nieprzyjemnie. Może nas spotkać taki sam los – skwitował Grades.
  Wynieśli ciało mężczyzny na zewnątrz, stojący tam ludzie okrążyli ich ciasnym okręgiem. Gdy zmarły dotknął ziemi, trawa wokół niego pokryła się szronem.
 - Czary! - krzyknął ktoś w tłumie.
 - Prawda! - Z ciemności wyłoniła się postać Kruka, za nim stał Orzeł. - Widzieliśmy dwóch magów w okolicy. Przyglądali się zbyt długo tej chacie. Dziwne to, choćby dlatego, że nikt w okolicy nie spodziewa się dziecka.
  Grades spojrzał ze zdziwieniem na syna.
 - Posuwają się za daleko!
 - Trzeba zrobić z tym porządek!
 - Ludzie przyłączcie się do nas, wymierzmy sprawiedliwość tym, którzy od niej uciekają! - Fibor krzyknął w stronę tłumu. - Przyłączcie się do buntu.
 - A co nam innego pozostało? Pójdziemy z wami.
  Jak nakazywał zwyczaj i bogowie, należało pochować zmarłego w dniu jego śmierci. Na tyłach domostwa wykopano więc niewielki dół, do którego włożono ciało. Przysypano je kopcem ziemi, by żadne zwierzę nie wygrzebało szczątek. Kobieta wywleczona z domu płakała bez ustanku, troje jej dzieci stało, z dumnie wypiętą piersią śpiewając żałobną pieśń. Pierwsze promienie słońca zaczęły wychodzić zza horyzontu, jakby na zawołanie. 
 - Czemu skłamałeś? Nie widzieliśmy magów. – Orzeł zaszeptał przyjacielowi do ucha.
 - Nie muszą o tym wiedzieć. Dobrze jest tak, jak jest, a to, co się stało nie było naturalną rzeczą. - Kruk podniósł głowę i śpiewał wraz z innymi. Kurhan pokrył się cienką warstwą lodu.
Name:

Komentarze:

25.04.2012, 16:06 :: 89.174.13.206
Aris Von Red
„Wyciągnij ten chowany przez lata trunek, przyszykuj jadło.” = dawaj obiad kobito i podaj piwo XD jakie to aktualne XD Już sobie wyobrażam ten lodowy kurhan. Tak mistycznie to pewnie musiało wyglądać. Szkoda,że w naszym życiu nie ma takiej magii :/

19.02.2012, 15:43 :: 95.49.78.69
Tintale
"Od dawna kułem miecze na tą okazję." - tę okazję. To jest coś, na co zawsze zwracam uwagę u kogokolwiek. Najłatwiej pamiętać to w ten sposób: jem tę zupę, a idę tamtą stroną (ę do ę, ą do ą).
Pojawiało się parę błędów (m.in. zamiast "syto" powinno być "suto", ale to równie dobrze mogła być literówka), a przede wszystkim brak wielu przecinków, a nadmiar ich tam, gdzie nie są potrzebne ;) Myślę, że to kwestia wyrobienia. Albo czytania na głos, wtedy łatwiej odróżniać po pauzach w mówieniu. Z dialogiem widzę, że nie ma takich błędów, na które zwróciła uwagę Ono. Sama do niedawna miałam ten problem ;)

Co do treści - mamuśka Orzełka to świetna kobitka! Czuć, że ma charakter i kto nosi portki w ich małżeństwie.
Podoba mi się styl, jakim piszesz. Czuć taki swojski klimat, jakby naprawdę było się na uczcie w chałupie czy knajpie.
Ciekawi mnie, co się takiego stało z tym mężczyzną. Skoro aż nasi dwaj bohaterowie postanowili zataić prawdę, musiało być to coś niesamowitego. No, na pewno dowiem się tego w następnym rozdziale :)
Swoją drogą, wybacz, że tak długo nie czytam, lecz mam bardzo ciężkie ostatnie dni. Brak mi czasu na cokolwiek. W miarę możliwości będę nadrabiać.
Pozdrawiam,
Aleksandra

16.02.2012, 20:50 :: 178.37.176.247
Ono
Polecam się na przyszłość;)
Dialog z czasem wchodzi w nawyk:D

Tak, dokładnie opisu, a najlepiej opisu uczuć:)

Więc, co? Zapraszam ponownie w weekend!:D
[marionetkarz]

16.02.2012, 08:45 :: 178.37.162.154
Ono
"mazgaić [przecinek] Orzełku" - w kilku kolejnych dialogach, również jakiś bohater zwracał się do drugiego, powinno, przed zwrotem do osoby powinien stać przecinek
"- Stąd, skąd myślę? - wgryzł" - błędnie zapisujesz dialog, chyba jeszcze nie znasz dokładnej zasady, bo często mieszasz poprawny i niepoprawny, więc poszukaj w wujku Google informacje o zapisie, najlepiej "Dialog od kuchni" wówczas popraw, co jest źle:)
"były jedną z niewielu rzeczy, które były" powtórzenie, a potem również pojawia się czasownik "być" pamiętaj, by zawsze go omijać, on nic nie wnosi.
"Nie [przecinek] nie żartuję."

Jeszcze kilka błędów się pojawiło, ale nie były one już inne od tych wypisanych powyżej. Na początku myślałam, że nic się już nie wydarzy, czytam i czytam, żadnej akcji, rozmowa... Nastawiam się na to, że nic się nie dzieje, a tu, niespodzianka, aż cofnęłam się do pierwszych słów zdania! Wówczas czytało się już milej. Chociaż zgodzę się z osobą, która pierwsza skomentowała rozdział - nieco zbyt to wszystko wzniosłe, brakowało mi motywacji bohaterów, ogólnie nieźle zostali zaprezentowani. Nie mogę narzekać, cóż, zobaczymy, co zaprezentujesz dalej.

Przy okazji:
Pobawisz się ze mną w ludzi? Spróbujesz odgadnąć, co panoszy się boskiej świadomości? Spróbujesz poznać człowieka, który uważa się za istotę nadprzyrodzoną? Spróbujesz, zagłębić się w świat dziesiątek istnień opisanych wzrokiem Boga? Spróbujesz poznać smak grozy, wzruszeń, niedomówień? Podniesiesz rękawicę i ujrzysz piętno świata, sznur, który powoli zaciska się na szyi skazańca? Chcesz poznać emocje, jakich jeszcze w sobie nie odkryłeś?
Chcesz?
www.marionetkarz.blog.onet.pl/ - poznaj i poddaj się hipnozie!

15.02.2012, 20:23 :: 85.222.9.84
Anima
Witam. Po pierwsze dziękuję za wizytę na www.miecz-przeznaczenia.blog.onet.pl Co do Twojego komentarza... Tak.. Zdaję sobie sprawę z literówek, już za wiele osób mnie o nich poinformowało. Czas poprosić moją Panią Od Przecinków, żeby raczyła spojrzeć na to.
Co do postaci księcia Abdona, cóż... Później będzie wyjaśnione wszystko co, jak i dlaczego.
Kurtyzany są wspaniałe i cudowne, bo... Cóż. Głównie dlatego, że różne rozdziały będą pisane z perspektywy równych bohaterów. Chodziło mi o przedstawienie wszystkiego tak, jak widzi to Anuka, czyli jakie to wszystko nie jest wspaniałe, jakie to nie jest cudowne... Cóż, moja mała nałożnica ma dopiero 14 lat i nie wie jeszcze, czym jest praca w zamtuzie tak naprawdę. Na razie się zachwyca, bo nie poznała jeszcze smaku goryczy z tą pracą związanych. Wiem, że na razie to trudno dostrzec, gdyż jest tylko jeden rozdział. Może stanie się to bardziej "oczywiste", gdy pojawią się kolejne, które nie będą już takie idylliczne i cukierkowe.
Dziękuję za zaproszenie do Ciebie. Z chęcią zapoznam się z treścią Twojego opowiadania i oczywiście poinformuję o nowości u mnie.
Zapraszam też na inne moje blogi:
www.elementalisci.blog.onet.pl
www.krwawa-sluzebnica.blog.onet.pl

15.02.2012, 18:26 :: 87.239.216.11
phoenixa
Ach w oncu upragniona czesć, szkoda ze dużo krutsza niz poprzednie, ale i tak sie ciesze ze cos jest :0
coraz dziekawiej, dziwna smierć (w zimie to bym zrozumiała)

12.02.2012, 14:03 :: 79.135.166.146
Zorza
Nie mogę się doczekać następnego rozdziału. Przyznam po cichu, że ostatnio często sama zaglądałam na Twojego bloga, licząc że coś dodałaś. I w końcu mam to, co chciałam :)
Przez cały rozdział było strasznie dużo rozmów, trochę za bardzo przegadany, ale mnie specjalnie jakoś mocno to nie przeszkadza. Chyba ze wszystkie najbardziej spodobało mi się ukazanie relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną. Och tak, to typowa wioska, gdzie chłop zawsze musi mieć silną rękę nad swoją żoną. Jednak Nynja - swoją drogą bardzo zabawne imię - nie wstydzi się dyskutować z mężem nawet w obecności innych, co mogłoby podważyć jego autorytet. Fajnie ukazałaś jej postać, nie używając przy tym zbędnych i długich opisów.
Co do końcówki, to była ona zaskakująca, ale nie wgniotła mnie w fotel. Ten starzec musiał być naprawdę ważną osobą, jeśli cała wioska - albo przynajmniej jej większa część - postanawia przyłączyć się do bunt. Nie wyobrażam sobie bowiem, żeby zwykli ludzie, którzy boją się gniewu magów - co wynikało z poprzednich rozmów - ot tak zdecydowali się na bądź co bądź szaloną misję. A może coś pominęłam lub nie zrozumiałam? :)
Ogólnie naprawdę bardzo mi się podobało, podobnie zresztą jak poprzednie rozdziały. Jednak naprawdę liczę, że wraz z trzecim pchniesz akcję tak do przodu, iż z łomoczącym sercem będę czekać na kolejną część.
Pozdrawiam!