naznaczony
I.
Link 16.01.2012 :: 19:14 Komentuj (3)
Trochę zmieniony.
„Polując na mniejszą zwierzynę, ty jako myśliwy musisz pamiętać o kilku podstawowych cechach: bezszelestnym zakradaniu się, podchodzeniu pod wiatr, by ofiara cię nie wyczuła oraz szybkim i celnym trafieniu.”
O łowiectwie słów kilka – Zirven z Gynor zwany Kieł
Wiatr huczał nieprzyjemnie, podobnie jak dwadzieścia jeden lat temu. W wiosce pod murami miasta wrzało. Namiestnik wydał straży rozkaz przypilnowania robót przy moście. Stary najprawdopodobniej został uszkodzony przez panoszące się po okolicy niedźwiedzie, stały się ostatnio bardziej agresywne i podchodziły pod zabudowania. Także silny nurt rzeki zaczął nieść większe głazy, które naruszyły konstrukcję.
Śmiano się z historii, która miała miejsce w czasie, gdy zawaliła się część mostu. Mówiono między sobą, że gruby kapitan wracający z towarzyszami z patrolu, zahaczywszy o oddaloną od miasta knajpę napił się tym razem więcej niż powinien. Większość wiedziała o jego lęku wysokości, lecz milczała, gdy przy moście zsiadał ze swego wierzchowca i prowadził go za lejce, ku bramie. Zszedł z niego także tamtego dnia. W połowie przejścia na drugą stronę złe samopoczucie wzięło górę, podszedł do skraju, by móc spokojnie zwymiotować, lecz widząc jak wysoko nad ziemią się znajduje, zasłabł i wypadł przez balustradę prosto do rzeki. Przy upadku musiał trącić jedną z krzywych belek, by się usunęła i spowodowała zawalenie się części mostu. Kapitanowi nic się nie stało, woda w miejscu, w którym wpadł była głęboka, a nurt wyrzucił go dość szybko na brzeg. Najadł się wstydu i już od jakiegoś miesiąca nikt go nie widział, ani na kontroli w sprawie odbudowy, ani na warcie.
Większość farmerów była już po zbiorach, więc ich ściągnięto do pracy. Na czas odbudowy anulowano im podatki, a także, by zachęcić do pracy, sprowadzono do gospody we wsi kilka beczek jednego z najlepszych trunków – Ducha Gór, którego wieczorami wydawano za darmo. Dla niektórych ochlaptusów to, co się działo od jakiegoś czasu było istnym błogosławieństwem od bogów. Martwiło ich jednak to, że odbudowa zbliżała się ku końcowi.
Dèr zwany Orłem, (przez swoje wzmożone zainteresowanie tymi ptakami), wyszedł ze swojej chaty na uboczu wioski. Wybierał się na małe polowanie. Przez plecy przewieszony miał łuk wykonany z jesionu, w kołpaku kilka zrobionych przez siebie strzał, a w skórzanej torbie sporą pajdę chleba, bo wątpił w to, że zdąży wrócić na obiad. Zadowolony gwizdał pod nosem idąc wąską ścieżką. Jakiś miesiąc temu, gdyby tędy szedł kłosy sięgałyby mu powyżej pasa, teraz pole było czyste, zaorane, czekające na kolejny zasiew. Minął dwa ogromne wiatraki, silny wiatr obracał ich skrzydłami, tłoki wprawiane w ruch mieliły ziarno na mąkę. Sporo o tym wiedział, bo jeden z nich należał do jego ojca.
- Orzełku!
Stanął i obrócił się za siebie. Jego dawny towarzysz zabaw, a teraz druh do picia, zabawiania kobiet i mistrz hałasowania przy polowaniu machał mu ręką na przywitanie. Różnili się od siebie. Kruk był dużo od niego szczuplejszy i nosił się na czarno. Miał niemal zawsze zmierzwione, krótko ścięte włosy, kozią bródkę, która według jego mniemania pociągała kobiety i duże brązowe oczy, które zawsze miały w sobie skaczące, wesołe iskierki.
- Tylko mi nie mów, że chcesz się wybrać razem ze mną? - Dèr spojrzał uważnie na przyjaciela.
- Nie tym razem – uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu. - Dziś jestem zajęty, idę pomóc tym nieudacznikom przy budowie mostu. Za dwa dni powinien być gotowy. Chciałem ci właśnie powiedzieć, że będziesz się musiał oddalić od swoich stałych miejsc. Wszędzie dokoła wycinają drzewa i zwierzyna nie podchodzi tak blisko.
- Wiesz gdzie jest teraz spokojnie?
- Rozejrzyj się na wzgórzu, tam gdzie jest ten sosnowy zagajnik, nikogo tam nie widziałem z siekierą. Miłej zabawy. - Naciągnął na dłonie czarne, skórzane rękawice i zaczął iść środkiem pola w stronę hałasu jaki wydawali przy robocie drwale. - Nie zapomnij, że widzimy się dziś wieczorem w gospodzie! - krzyknął i już dalej pobiegł.
Gospoda, jedyne miejsce, gdzie można było się porządnie napić nie wchodząc w drogę strażnikom. Musiał tam zajrzeć, choćby ze względu na to, że kończy się odbudowa mostu, a razem z nią darmowa gorzałka.
Minął rzekę, przechodząc kładką. Deski zatrzeszczały pod jego ciężarem, ale spokojnie przeszedł na drugą stronę. Tu trawa rosła bujnie, wiatr targał jej źdźbłami i pojedynczymi główkami kwiatów. Powoli zanurzał się w leśnej gęstwinie. Lubił zapach lasu, dotyk liści na twarzy, dźwięki, które go otaczały zewsząd, kiedy tam bywał.
Odetchnął głęboko, skierował swe kroki między konarami drzew pod górę, w stronę wzgórza. Po jakiejś chwili wyszedł spod otaczających go ze wszystkich stron gałęzi. Trafił na polanę, gdzie przestraszył kilka ptaków, wzbiły się one w powietrze trzepocząc głośno skrzydłami. Dotarł na wzniesienie, po prawej stronie był sosnowy zagajnik, o którym mówił Kruk. Ale wzrok przyciągały także ośnieżone szczyty gór, widoczne z miejsca, w którym stał. Aż pod ich zbocza podchodził gęsty, iglasty las. Za sobą, w dość dalekiej odległości miał mury miasta Mistiv Muror i jego krwistoczerwone flagi rwane w dzikim wietrze poranka. Wszystko to, co mógł sięgnąć wzrokiem należało do jego życia, nie zapuszczał się tylko gęściej w las, bo nie było to konieczne. Na ich terenach zwierzyny nie brakowało.
Klęknął wśród podszycia w zagajniku. Szukał jakichkolwiek śladów małych, włochatych stworzeń, zwanych nimakami. Znalazł odciski łap i znów wszedł w las. Zwierzęta te zazwyczaj chowały się w swoich norach, wykopanych między korzeniami. Dèr ukrył się za drzewem, naciągnął łuk i czekał. Taka metoda polowania była najlepsza, nimaki były nadzwyczaj szybkie, więc chodziło tu o efekt zaskoczenia. Usłyszał znajomy charkot. Zwierzę wyszło ze swojego legowiska i zaczęło węszyć w ściółce. Zatrzymało się, nastroszyło swe rude futro i w tym momencie strzała świsnęła w powietrzu trafiając je śmiertelnie.
Orzeł podszedł do zdobyczy, związał jej łapy sznurem i przewiesił sobie przez torbę. Upolował jeszcze kilka nimaków i zadowolony z łupów odebranych naturze zaczął wracać. Schodził ze wzgórza, odwrócił się jeszcze na moment za siebie i kątem oka zobaczył wchodzącą w las postać. Nie zdołał już ujrzeć kim była, ale na pewno nie był to Kruk, ani też ktokolwiek z miasta. Zastanawiał się nad tym jeszcze przez chwilę, po czym porzucił kolejne domysły i skierował się w stronę domu.
- Czemu tak długo?
Matka siedziała na ławce przed chatą. Jej długie, jasne włosy wyglądały pięknie, spływając po brązowym materiale sukni. Trudne życie na uboczu, ciągłe troski i zmartwienia, a także wiek - wszystko to odbiło się na jej twarzy w postaci zmarszczek. Miała szare oczy, zamglone i odkąd pamiętał spoglądające na niego z tym ciągłym, ukrywanym smutkiem. Dłonie kobiety niespokojnie gładziły futro psa, który położył swój wielki łeb na jej kolanach. Zwierz spojrzał tylko na niego żeby zobaczyć, kto pojawił się na jego terytorium i nie widząc żadnego zagrożenia, siedział dalej domagając się pieszczot.
Orzeł, tak jak podejrzewał, nie zdążył wrócić na obiad i był pewny, że nie obejdzie się bez wymiany kilku ostrzejszych zdań.
- Musiałem zmienić miejsce ze względu na drwali. - Ściągnął z torby martwe zwierzęta i powiesił na haku przed domem.
- Dobrze chociaż, że nie wróciłeś z pustymi rękami. Starucha mówi, że zima w tym roku będzie sroga, trzeba gromadzić zapasy i zacząć szyć futra.
- Dość często się myli, nie powinnaś się tak martwić.
- Wiesz dobrze, że nie tylko to mnie martwi. – W oczach pojawiły się łzy, które powstrzymywała, by nie pociekły jej po rumianych policzkach.
- Przestań o tym myśleć. Nie odejdę stąd, dobrze wiesz, że ojciec na to nie pozwoli. - Usiadł obok niej na ławeczce.
- Może się to źle skończyć.
Pogładziła go dłonią po czarnych jak smoła włosach. Widziała w nim duże podobieństwo do swojego męża, po niej miał chyba tylko te szare, smutne oczy. Bała się, tak okropnie się bała, że odbiorą jej syna. Strach ten towarzyszył jej każdego dnia, od momentu jego narodzin. Narastał, gdy spoglądała na synów swoich sąsiadów zabieranych w chwili, gdy stawali się mężczyznami. Zostawiali wszystko – dom, rodzinę, swe kobiety, by już nigdy nie wrócić.
Źle się działo ostatnimi czasy, w sercach ludzi narastał bunt przeciwko magom. Kiedyś wybierali tych, których moc była największa, teraz, od kilku lat zabierają wszystkich, którzy ją mają, nie pytając się o zdanie i nie odpowiadając na pytania. Wiadomo było o tym procederze naprawdę niewiele, magowie mieli swoje stanowisko w mieście, setka zajmowała się tylko i wyłącznie sprawdzaniem predyspozycji nowo narodzonych chłopców, zawsze wiedzieli, gdzie szukać tych dzieci i nigdy się nie mylili. Ich rejonem było miasto i wieś pod murami, nigdzie dalej poza to terytorium się nie zapuszczali, bo inne miejsca należały do innych magów.
Powoli niebo robiło się szare, wiatr dalej panoszył się po okolicy z dużą siłą, nie zważając na przekleństwa zwykłych ludzi. Dèr wyszedł z ciepłej chaty, skulił się z zimna, gdy powiew uderzył go w twarz i wpadł pod koszulę. Sięgnął więc jeszcze ręką do środka po futro, zarzucił na siebie i trzasnął drzwiami.
Niósł drewniane wiadro, z którego wyciekała krew. Stanął na tyłach chaty i zagwizdał głośno w stronę pola. Czekał chwilę, po czym zrobił to jeszcze raz. Na szaroburym niebie pojawiła się sylwetka szybującego ptaka. Zaczął zniżać swój lot, by w końcu wylądować na drewnianym, lekko pochyłym płocie.
- Witaj mój mały. - Dèr uśmiechnął się spoglądając na orła, który wygiął głowę w jego stronę. - Mam tu coś dla ciebie, ale nie jest tego zbyt wiele.
Wyciągnął z wiadra kawałek ociekającego krwią mięsa nimaka. Rzucił nim wysoko w powietrze. Ptak momentalnie wzbił się w górę i chwycił pazurami swą zdobycz.
- Znów karmisz swego przyjaciela? - Kruk stał, opierając się o ścianę chaty.
- A ty znów się zakradasz?
- Byłem u ciebie w domu. Twoja matka powiedziała, że wyszedłeś, a ja już wiedziałem gdzie cię szukać. Umyj ręce, nie wiem, czy pamiętasz, ale idziemy do gospody.
Kruk był osobą, która jak nikt inny, no może poza karczmarzem, wiedziała wszystko o wszystkich. Dèr często się zastanawiał, jak on to robił. Zawsze miał najświeższe informacje i umiał się nimi posłużyć w wymagającym tego czasie.
Ściemniało się. Lato odchodząc zabrało ze sobą długie dni i ciepłe noce, powoli przychodziła jesień. Na niebie można już było dostrzec pierwsze gwiazdy, księżyc zniknął gdzieś, niewidoczny dla oczu.
Szli szeroką, udeptaną przez konie i ludzi drogą. Kierowali się w stronę gospody, która znajdowała się w samym centrum niewielkiej wioski. Wyróżniała się z daleka, chociażby materiałem, z którego została postawiona. Większość domów była tutaj drewniana, w odróżnieniu od nich budynek ten był podmurowany. Z małych okien wylewało się na zewnątrz ciepłe światło świec. Słychać też było śmiechy i głośne rozmowy. Gospoda pod wdzięczną nazwą – Pod Martwym Jeleniem, zapraszała do środka. Szyld z precyzyjnie namalowanym zwierzęciem kiwał się na wietrze. Drzwi otworzyły się na oścież i wyleciał przez nie starszy mężczyzna, mocno już spity, sądząc po jego chwiejnym kroku i czerwonej twarzy.
- Z drogi głąby, nie widać, że idę? - krzyknął mijając Orła i Kruka.
- Ależ oczywiście, że widać, nie dałoby się tego nie zauważyć. - Kruk zaśmiał się pod nosem, pchnął drzwi i weszli do środka.
Spore, zazwyczaj puste pomieszczenie gospody dziś było nie do poznania. Mnóstwo ludzi siedziało przy stołach, stało przy ladzie i leżało gdzieś w ciemnych kątach. Ruch tego wieczora był niesamowicie duży, nie trzeba było nikogo pytać dlaczego, to było jasne – ukończono budowę mostu, a skoro tak się stało, jutro zniknie darmowy trunek. Wszyscy świętowali, a zarazem topili smutki, z wiadomego powodu. W takim tłumie ciężko było dostrzec gospodarza, który wyszedł ze swojego stałego miejsca za ladą i zaczął roznosić piwo oraz gorzałkę. Dwie dziewuchy, które miał zawsze do pomocy uciekły gdzieś przed lepkimi rękami tutejszych pijaczków, a że nie miał czasu ich szukać sam zajął się interesem.
- Dobrze was widzieć chłopcy. – Gospodarz ledwo sobie radził niosąc tacę z kuflami pełnymi piwa, do jednego ze stołów. - Przyszliście mi pomóc? To bardzo dobrze. Potrzebuję kogoś do pomocy, te cholerne...
- Właściwie Saliborze przyszliśmy tu w całkiem innej sprawie – mruknął Orzeł.
- W jakiej to? Nie mówcie mi tylko... – Niezdarnie położył kufel, a jego zawartość oblała jednego z gości. - Przepraszam pana najmocniej, zaraz przyniosę następne. Widzicie – syknął do nich – ja tu sobie nie daję już rady. Za dużo ich tu wszystkich jak dla mnie, jeszcze zniknęły te przeklęte dziewuchy, niech no ja je dorwę. Będą myły podłogę przez całą noc, na dodatek potrącę im z pensji.
- Przyszliśmy się napić, ale raczej sami się obsłużymy. Jeśli aż tak bardzo ci to przeszkadza, znajdę je i przyprowadzę – zaproponował Kruk, chociaż twierdził, że gospodarzowi przyda się trochę więcej ruchu, ze względu na swój wielki brzuch.
- Zawiodłem się na was, no ale idź po te dziewuchy. - Odszedł pośpiesznie, bo kolejny stolik domagał się dostawy. Kruk także się oddalił zostawiając Orła samego w tym tłumie.
W kącie po prawej stronie nastąpiło dziwne poruszenie, część osób ucichło. Dèr podszedł bliżej. Na ławie siedział dojrzały mężczyzna, na jego głowie i brodzie pojawiły się już siwe włosy. Chrząknął dwa razy i podniósł rękę do góry, na znak, że chce zabrać głos. Towarzystwo zamilkło.
- Część z tych, co tu siedzą domagało się, bym opowiedział, com widział. A widziałem nie mało. Choć wielu z was wyda się to dziwne, zaszyłem się ostatnio daleko w las. Powiem ja wam, że Szaroludzie to nie bajki opowiadane dzieciom do snu. Oni żyją do dziś, nie wystarczyło wygnać ich z tego miasta setki lat temu w niebezpieczne góry i powybijać ich kobiety i dzieci. Nie, widziałem na własne oczy te postacie, snujące się niczym mgła między drzewami. Widziałem ich ślepia tak różne od naszych i słyszałem ich mowę przypominającą szelest liści. Oni istnieją i powinniśmy zacząć się obawiać, że wrócą po swoje!
- Jak wrócą, to my już ich należycie przywitamy. - Mężczyzna siedzący obok wybuchnął gromkim śmiechem. - Starcze, nie natrafiłeś na dobrą widownie, powinieneś to opowiadać właśnie dzieciom do snu, z pewnością będą bardziej przejęte.
Wywołało to kolejną salwę śmiechu na sali. Oburzony starzec sięgnął po swój płaszcz i wyszedł z gospody, w drzwiach rzucił jeszcze kilka słów za sobą:
- Obyście mi później racji nie przyznali!
Dèr tylko przez moment zastanawiał się, czy postać, którą widział o poranku, w lesie, nie była jedną z tych, o których mówił staruszek. Uznał to za absurdalne i śmieszne. Sama wojna z Szaroludźmi była mgliście przedstawiona w historii, ubarwiona przez matki stała się jedną z wieczornych opowieści z rodzaju tych, którymi straszy się dzieci, by grzecznie poszły spać.
- Orzełku ominęło mnie coś? - Kruk stanął obok niego z glinianym dzbankiem pełnym piwa. Zauważył cięty wzrok przyjaciela i mruknął. - No, co? Zabrakło już czystych kufli.
- Nic szczególnego, nawet nie warte opowiadania, ot znów nowa dziwna historia. - Wziął dzbanek i wypił kilka głębszych łyków.
- Ale jest coś wartego twojej uwagi – Kruk ściszył głos. - Piękna dziewczyna czeka na ciebie na piętrze.
- Na ciebie nie?
- Mną się wcześniej inna zaopiekowała – uśmiechnął się i poklepał Orzełka po plecach. - No idź, na co czekasz? Mam cię zaprowadzić?
- Obejdzie się bez tego.
Skierował swe kroki ku schodom na piętro. Deski trzeszczały pod jego butami, a dogasające świece sprawiały, że wokół dało się wyczuć aurę tajemniczości zmieszanej z podnieceniem. Stanął w korytarzu i spojrzał na drzwi, dobrze mu znane z opowieści Kruka. To on był tym wymykającym się po nocach, by zaznać przyjemności z kobietami z gospody. Jemu w zupełności wystarczały same opowieści, chociaż nie chciał przyznać się do tego, że sam także pragnął zaznać takiej przygody.
Zapukał, był niemal pewny, że od słowa „wejdź”, minęła godzina, choć w rzeczywistości było to kilka sekund. Klamka ustąpiła pod naporem dłoni, wszedł do środka i zamknął za sobą dokładnie drzwi.
- Kruk nie mówił mi, że ma tak przystojnego przyjaciela. Aż dziwne, że nie wpadliśmy na siebie wcześniej.
Naprzeciw niego stała kobieta, stłumione światło tańczyło na jej nagim ciele.
Pierwszym, co naturalnie rzecz biorąc rzuciło mu się w oczy to jej duże, sterczące piersi. Zaśmiała się i wtedy jego wzrok skierował się ku jej twarzy. Miała piękne, zielone oczy, które stanowiły cudowny kontrast z jej długimi, sięgającymi pośladków włosami, rudymi niczym ogień. Piękne, kształtne usta aż prosiły się o to, by ich spróbować.
- Przyszedłeś na mnie popatrzyć? Wydaje mi się, że chyba nie, więc rozbieraj się kochasiu. No, chyba, że chcesz, bym zrobiła to za ciebie.
Podeszła do niego wolnym, pełnym gracji krokiem, który rozbudzał zmysły. Jej zgrabne dłonie zaczęły toczyć walkę z zasznurowaną koszulą. W końcu ta się poddała i zsunęła na podłogę. Z jej ust wydobył się dźwięk zachwytu na widok tak umięśnionej klatki piersiowej.
- Boisz się? - zaszeptała mu do ucha, widząc, że wstrząsnął nim dreszcz.
Nie chciał tego przyznać, ale tak było. Żadne dzikie zwierzę nie sprawiło, że czuł strach, zrobiła to ta piękna kobieta.
- Sprawię, że nie będziesz się bał.
Zabawiała go niezbyt długo. Po wszystkim leżała obok niego na rozklekotanym łóżku, nigdy tego nie robiła, ale teraz czuła, że w jakiś sposób powinna się zaopiekować tym młodym mężczyzną. Gładziła go dłonią po szyi, po czym nagle zamarła. Odsunęła się i zerwała na równe nogi.
- Jesteś magiem?
- Nie jestem - odparł zdumiony.
- Nie wolno nam się spoufalać z magami, żadnej kobiecie tego nie wolno! Wiesz, co mnie teraz czeka?
- Uspokój się...
- Jak mam się uspokoić? Zawisnę na stryczku!
- Nikt nie musi o tym wiedzieć.
- Wystarczy, że twój przyjaciel o tym wie. Nie mogę tu zostać, muszę się stąd wynieść jak najszybciej. - Pospiesznie narzuciła na siebie ubranie i zabrała ze stolika sporą sakiewkę, wypchaną srebrem. - Daj mi jakiegoś konia. Jesteś mi to winien.
- Kpisz sobie ze mnie? Koń nie należy do tanich rzeczy – oburzył się.
- Moje życie pyszałku, także do tanich nie należy. – Podniosła z podłogi koszulę i rzuciła w jego kierunku. - Ubieraj się.
- A kogo obchodzi los jakiejś dziwki? - Pełne wargi ułożyły się w złośliwym uśmiechu.
- A kogo będzie obchodził twój los, gdy magowie się o tym dowiedzą? - drwiła z niego. Sytuacja ta była dla Orła całkiem zabawna.
- To już nie twoja sprawa. Co będę miał z tego, że dam ci konia? - Wcisnął na siebie koszulę i się podniósł. Stał nad nią silny i pewny siebie. - Co mi możesz dać?
- Nic, oprócz mojego ciała.
- Daj mi je więc, nim uciekniesz na moim koniu – uśmiechnął się i włożył swą dłoń w jej ogniste włosy.
